Najnowsze wpisy


Janek i Madzia
25 marca 2019, 21:47

        

    

    Janka poznałem krótko po rozpoczęciu pracy zawodowej. Ja świeżo upieczony absolwent Szkoły Morskiej,  on startujący na morzu na statku floty handlowej po odbyciu służby wojskowej w Marynarce Wojennej. Obaj zaokrętowaliśmy na nasz statek na stanowisko starszego marynarza z tym, że ja objąłem funkcje sternika manewrowego gdyż Janek po służbie wojskowej nie opanował jeszcze podstaw j.angielskiego  i trzeba było trochę czasu aby się dotarł . Za to po swoim ojcu, który pływał na bazach rybackich, opanował sztukę wyplatania róznych sieci, siatek i żaków. Po pracy siadał  na rufie statku i z dostępnych sznurów i lin wyplatał te cuda z którymi póżniej podczas swoich urlopów jeździł na ryby na „swoje” jezioro na Kaszubach. W obyciu na statku był kolegą przyjażnie nastawionym do każdego, wesołym, a gdy zawiązywała się jakaś rozmowa w większym gronie mówił zawsze krótkimi zdaniami wplatając żartobliwe swoje przerywniki.

     Obaj byliśmy singlami, których raczej pociągała chęc poznania świata niż zabawianie się w małżonków czy tatusi i póki co takie plany odkładaliśmy na pózniej. Popływaliśmy na naszym pierwszym statku przez rok po czym drogi nasze się rozeszły i każdy wyokrętował w kraju na urlop. Po prawie 20 latach pracy  na statek którym już kierowałem  pewnego dnia zaokrętował mój kolega z pierwszych lat pływania – Janek. Jak opowiadał pózniej gdy dowiedział się w biurze armatora kto jest dowódcą na statku na który panny kadrowe proponowały mu zaokrętowanie odpowiedział: Yes of course ! Jadę ! 

      I tak oto na przywitanie gdy po zamustrowaniu przybiegł do mojej kabiny nie obyło się bez niedzwiadka i wymiany niusów co u każdego z nas się zmieniło. Ja już żonaty i dzieciaty, a on ? Kawaler z odzysku. Nie byłem ciekaw co i dlaczego wpłynęło na dwukrotną zmianę jego statusu w dowodzie osobistym, nie wypadało, a on sam tematu nie rozszerzał. Janek po latach dalej mówił krótkimi zdaniami, nadal dysponował wesołym podejściem do życia, dalej wyplatał siatki i żaki i tylko srebrem mu czas trochę czuprynę przyprószył.

    Po przywitaniu zaczął składać mi deklarację, że zdaje sobie sprawę ,że on dalej na tym samym stanowisku , a ja osiągnąłem szczyty i oficjalnie będzie mi prawił przez „pan”. Przerwałem mu te wywody mówiąc, że nikomu nie mam zamiaru wyjaśniać z jakiego powodu czy tez dlaczego jesteśmy przyjaciółmi i mamy nadal sobie „tykac”. Muszę przyznac,że Janko nie nadużywał nigdy faktu,że jest kolegą kapitana. Został sternikiem manewrowym gdyż znałem jego zdolności w tej materii, j.angielski w koniecznym zakresie miał opanowany, a ja darzyłem go zaufaniem. Pływaliśmy sobie spoko po różnych akwenach i oto trafiliśmy do Rosario na Paranie skąd zabieraliśmy pełnokrętowy ładunek pasz dla naszego Rolimpexu.  

         Przed zacumowaniem w Rosario otrzymałem telex z biura armatora z prośbą  aby przygotowac kabinę pasażerską bo w Rosario zaokrętuje pasażerka , która popłynie z nami do kraju. Tak się też stało i przed wyjściem z portu na burcie pojawiła się  nasza podrózna asystowana przez ……. księdza !!!  Gdy pojawili się u mnie ksiądz okazał się bratem pani podróznej, który prosił mnie aby siostrę otoczyc specjalną atencją gdyż podróż morską odbywa pierwszy raz i jest trochę wystraszona. Wyszliśmy z portu i po ponad dobowym przejściu Paraną do morza znaleźliśmy się na otwartych wodach.

   Przed nami było 3 tygodnie żeglugi do Gdyni. Czas odmierzany był wachtami dla tych którzy je pełnili, a inni marynarze t.zw daymani (dniówkowi) pracowali na pokładzie przy pracach konserwacyjnych. Janek będąc marynarzem wachtowym pływał na wachcie St.Oficera ( w godz. 1600-2000 i 0400-0800). Specjalnie nie musiałem się przykładać do opieki nad panią podróżną gdyż prawie od początku rejsu obdarzyła ona swoją obecnością właśnie wachtę chiefa i wspomagała Janka jak mogła gdy ten był „na oku”. Janek wykazywał się ekstra elokwencją i humorem, a to szczególnie podobało się p.Madzi.

     Rzekłbym obserwując ich oboje, że coś miedzy nimi zaiskrzyło, a Janek wręcz zadurzył się w Dziuni (tak się do niej zwracał) i to chyba z wzajemnością. Po wachtach gdy Janek miał czas wolny i w jego ramach wyplatał swoje żaki Dziunia siedziała obok niego i rozplatała mu kawałki cum na cieńsze linki lub leżakowali koło basenu na górnym pokładzie. Któregoś dnia przechodząc koło nich leżących na kocu usłyszałem, że p. Podróżna czyta książkę na głos. Zaciekawiło to mnie i zapytałem czy jakieś ciekawe wątki znalazła i przekazuje je Jankowi, a ten wyjaśnił mi :

 - Kap ! Dziunia czyta, ja słucham i  w taki oto sposób oszczędzamy czas no bo gdybym potem ja czytał to ona by się nudziła tak jak ja nim doszliśmy do takiego rozwiązania. My nie lubimy się nudzic.

    Na statku załoga ochrzciła już Janka oficerem rozrywkowym aż tu pewnego dnia przychodzi do mnie p.podróżna i pyta czy to prawda, że ja mam prawo dokumentowac na statku zawarcie związku małżeńskiego. Zbaraniałem. Podobno Janek opowiadając o życiu na statku tak jej zapodał. Odpowiedziałem jej, że tylko w momencie krytycznym mogę dokonac zapisu w Dzienniku Okrętowym dotyczącego zgonu i to bez względu na to czy będzie celebrowany pogrzeb morski czy tez powieziemy ciało w chłodni do portu. Na ślub czy chrzciny nie mam upoważnienia, a do Gdyni zostało nam 14 dni. Dziunia uśmiechnęła się i pobiegła do Janka aby go obsztorcowac za takie żarty. Janka zawołałem do siebie aby z nim porozmawiac o jego zalotach i ostrzec, że może sobie problemów narobic. Ten krótko oznajmił :

- My mamy ku sobie ! Ona tez wolna jak ja ! A i młodsza ode mnie tylko o 8 lat.

Cóż mi zostało , doszedłem do wniosku,że wcięło chłopa. Na koniec rozmowy Janek zwrócił się do mnie z prośbą:

- Czy mógłbyś podpowiedziec chiefowi aby zgodził się na moje przejście na daymankę ? Wiesz on nie reaguje na moje prośby , a nocy ……… szkoda.

Podczas kolacji zagadnąłem chiefa o temat poruszany przez Janka, a ten na to:

- Wiesz chyba to zrobię bo Kowalski, który ma kabinę przez szot (cienka ścianka działowa między kabinami) z Jankiem … ostatnio sypia w szpitaliku i skarży się , ze Janek mu nie daje spac bo chyba ma burzliwe sny i „ łazi po szotach”. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem chiefowi, że może się sytuacja poprawi gdy Janek przejdzie na daymankę. Dlaczego chief od razu nie zgodził się na tą roszadę okazało się gdy kóregos dnia z żalem oświadczył mi:

-  No i w ten oto sposób pozbyłem się smacznej Yerba Mate na którą się załapywałem także gdy Dziunia przynosiła ją ukochanemu na mostek podczas jego wacht.

Czas upływał szybko po krótkim sztormie na Zatoce Biskajskiej podczas, którego Janko dbał ekstra o swoja bogdankę przyszły mgiełki w Kanale La Manche i na Morzu Północnym , a potem już tylko skok przez Cieśniny Duńskie i … Gdynia. Przed wejściem do portu Dziunia i Janko z kwaśnymi minami przyszli do mnie podziękować za fajnie spędzoną podróż i nadmienili,że już zapraszają mnie na swój ślub !!! Pomyślałem i po krótkim czasie rzekłem do Dziuni:

- Do pani mam prośbę : proszę tylko braciszkowi nie wspominac,  że to w ramach  specjalnej mojej atencji o którą  prosił przed wypłynięciem z Rosario zostanie pani mężatką.

       Janek wyokrętował ze statku w ramach nabytych dni wolnych. Po kilkunastu  miesiącach  gdy byłem już w następnej podróży podczas rozmowy telefonicznej dowiedziałem się od swojej żony, że mamy zaproszenie na ślub Janka.   

  Życzenia wysłałem im z morza.    cool

   * * * * * * * https://www.youtube.com/watch?v=lJLNqotcUkg * * * * * *

Adrian - kot podróżnik.
22 marca 2019, 19:14

                    

  

W końcówce lat 80–tych, w m-cu marcu  wylądowaliśmy swoim statkiem na remoncie gwarancyjnym w Szczecinskiej Stoczni Remontowej. Szykowaliśmy się do długiego rejsu w czarterze PLO na Daleki Wschód. Po przeglądzie na doku statek został postawiony do nabrzeża wyposa -żeniowego gdzie kończono ostatnie naprawy i uzupełniano zapasy.  Któregoś dnia gdy rano przyszedłem na statek  przechodząc korytarzem koło salonu oficerskiego przez otwarte  drzwi zauważyłem na jednym z foteli wyciągniętego i śpiącego czarnego kota. Wszedłem do środka salonu, a napotkanego tam stewarda spytałem skąd się ten zwierz wziął na statku.

    Steward niewiele wiedział i według jego informacji wynikało, że kot na statek przyszedł w nocy bo rankiem wachtowy przyszedł do kuchni po troche mleka dla niego. Przyjrzałem się kociakowi. Wyglądał na zadbanego, na czarnym jego futrze odznaczał się biały krawacik, a na łapach miał nie do końca naciągnięte białe skarpetki. Przebudzony spoglądał w moją stronę przeciągając się leniwie i  zdawał się mowic: tylko mnie nie wyrzuc.

    Akurat, jak co dzień, na statek przyszedł budowniczy (przedstawiciel stoczni koordynujący przeprowadzane na statku prace), którego zapytałem czy to czasem nie stoczniowy zwierz. Budowniczy zaprzeczył ale w ramach prowadzonego przez mnie wywiadu przekazał, że być może to „załogant” ze statku, który poprzednio cumował w miejscu teraz przez nas zajmowanym.       

    Grupka moich załogantów, która raptem mnie otoczyła zdawała się prosić aby kota pozostawic na burcie  bo to kot marynarz skoro zszedł na ląd i tylko nie zdążył wrócic na czas, a nasz statek widac było,że mu odpowiada. Od razu wysnuto też teorię, że wiadomo jak to jest z kotami …. w marcu, a do tego powrót na statek umożliwił mu fakt,ze stocznia położona jest na wyspie bo gdyby poszedł w „długą” różnie mogłoby być z powrotem „na tablicę”.

    Wśród załogi znalazł się natychmiast opiekun kota, którym  został Wacuś – St.Oficer on też zaproponował aby nowemu „załogantowi” dac imię Adrian od imienia swego syna. Wacuś zobowiązał się także, że załatwi u weterynarza książeczkę szczepień dla Adka. Bosman z Marynarzem zbili z desek skrzynkę, którą uzupełnili piaskiem i w niej kociak miał załatwiać swe potrzeby jednym słowem zwierz został na burcie. W porcie  Adek wylegiwal się na fotelach w salonie oficerskim lub załogowym, często zaglądał do kuchni gdzie konsumował wybrane przez siebie łakocie.

     Pod nieobecność załogi na statku, która po godzinach pracy przebywala w swoich domach Adrian zaszczycał swoja obecnościa wachtowych na pokladzie. Widac było radoche w jego oczach ,że został przyjęty i ma nowy pływający dom, a okazywal to ocierając się kokieteryjnie o nogi załogantow. Po zakończeniu remontu i załadunku wyrobów stalowych przeznaczonych do portu Kaohsiung na Tajwanie wyszliśmy w podróż. Przed nami prawie miesiąc przelotu morskiego z zaliczeniem po drodze Kanału Sueskiego. 

   Podczas rejsu  Adek preferował przebywanie na mostku gdzie na szafce kodu sygnałowego wylegiwał się na flagach. W ciągu dnia gdy fala nie wchodziła na pokład czasami spacerował po nim łowiąc ryby latające, które z bryzgami fal wpadały na pokład. Naturalnie ryb tych nie konsumował, a raczej bawił się nimi lub zanosil je do …… statkowej kuchni. Jego ulubionym miejscem do spania był także leniwiec (duzy fotel) w kabinie St.Oficera, w którym leżał jeżeli Wacuś przebywał w kabinie. Podczas jego spacerów po pokladzie głównym wystarczało bez  ”kiciania” krzyknąc ze skrzydła : Adrian chodż !  aby szybko przybiegł na mostek.

   Pewnego dnia II oficer, który na skrzydlach mostku wystawiał do słońca swoje doniczki zauważył, że ktoś mu obrywa kwiatki. Nikt z wacht nawigacyjnych się nie przyznawał i nie wskazywał kto mógł to zrobic. Ale gdy II oficer przyszedł kiedys wczesniej na mostek zauważył, że w jego kwiatkach buszuje Adrian. Sprał mu dupsko i od tego czasu  Adrian jego wachty (1200-1600 i 0000-0400) już nie zaszczycał swoja obecnością. Wszystkie pozostałe wachty kot zaliczał ale wachtę Romka –   II oficera nie.   

    Wśród załogi wybuchło także niezadowolenie i potępienie Romka, którego zwymyślano od najgorszych ale największa „karę”  wymierzył mu kucharz Tadek, który oznajmił : „ Ty ciulu na ropę ! Witaminek kociakowi żałujesz ? Od dzisiaj nie przychodz do kuchi po dokładki z ulubionego szaszłyka. ”.

     Sprawę załagodził Rysio – steward, który posadził w doniczce korzeń pietruszki aby kocię miało co czasami  poskubac. Podczas przejścia przez Kanał Sueski płynący z nami cumownicy kanałowi gdy zobaczyli Adka starali się po swojemu kiciac chcąc go pogłaskac ale kot nie reagował na te przywołania przechodząc z daleka od nich dumnie i z uniesionym ogonem. Podobnie było w Singapurze gdzie na redzie tego portu uzupełnialiśmy paliwo. Adrian po wężu bunkrowym podpiętym do zaworów na statku zszedł na bunkierkę (stateczek dostarczajacy paliwo) ale gdy tylko załoga bunkierki zaczęla go po swojemu przywoływac ten nie czekajac uciekł tą samą drogą na swój statek. Agent, który potem przybył na statek zaczął wypytywac mnie o rasę Adriana bo załoga bunkierki opowiadała mu,że to rzadko spotykany okaz. W tym momencie do mojej kabiny wkroczył dumnie kot i jak gdyby wiedział,że o nim mowa zaczął ocierac się o nogi agenta mrucząc przy tym głośno.

      Agent był skłonny go kupic i namawiał mnie do sprzedaży ale stanowczo odmówiłem mu zapodając, że kot jest własnością statku. Pokiwał głową i zdziwił się.  W porcie Kaohsiung (Tajwan) parę dni przebiegał wyładunek ale kot nie odważył się schodzic na ląd , być może przeczuwał jakies niebezpieczeństwo skoro tubylcy jako rarytas traktują tutaj psie mięso. Dopiero w Dżakarcie (Indonezja) podczas przerwy w operacjach załadunkowych odważył się zejsc na suchy ląd. Marynarz wachtowy opowiadał, że być może „zaprosiła” Adriana kotka, która wylegiwała się na nabrzeżu w pobliżu naszego trapu. Jednak pobyt kota na lądzie nie trwał długo. Nim zdecydował się  na zejście ze statku indonezyjska kotka (wachtowy twierdził, że  tej płci był kot na keji bo inaczej Adrian by nie reagował) czmychnęła do pobliskiego magazynu. Adrian przeszedł z gracją parę metrów po nabrzeżu chyba myśląc, że kokietka jeszcze pojawi się ale gdy nie doczekał się jej powrotu wrócił na statek.

    W  Indonezji załadowaliśmy rudę z którą wracaliśmy do Gdańska. Kot jak to było podczas poprzedniego przelotu spacerował sobie po pokładzie aczkolwiek było to już bardziej niebezpieczne gdyż statek z ładunkiem rudy mocno się kiwał i pewnego razu gdy na bocznym przechyle weszła na pokład fala kocur został przez nią wrzucony na pokrywy lukowe. Wszyscy myśleli, ze kocurek został pogruchotany przez wodę i marnie skończył. Marynarz wachtowy natychmiast pobiegł na pokład i przyniósł nieboraka na mostek. Statkowi wielbiciele kota zrazu zajęli się nim ale oprócz obfitej kąpieli  w morskiej wodzie nic mu nie dolegało. Od tego czasu jednak na pokład główny już nie wychodził czuł respekt przed morską falą  i spacerował  tylko po pokładach nadbudówki. Gdy do Gdyni zostało parę dni widac było u kota, jak u prawdziwego marynarza, podniecenie. Kociak wyczuwał kończącą się podroż. Częściej przebywał na mostku nawigacyjnym, był jakiś bardziej żywotny.

I tak oto po 3 miesiącach rejsu i po zacumowaniu statku w Gdyni Adrian wyokrętował drugiego dnia postoju i na burcie się nie zjawił do wyjscia statku na morze. Jak wyczuwał swą ojczyznę, swój  home port pozostało tylko jego tajemnicą.

  + + + + + laughing  + + + + +

Szymek Frajdej
19 marca 2019, 20:56

            

   

         Zawsze twierdziłem, że najlepszymi marynarzami są kaszubi i górale. Pierwsi z racji swego zamieszkania blisko morza, a ci z południa z racji twardego charakteru i zacięcia do pracy gdy trzeba było coś pilnie wykonac. Podczas jednego z postojów statku w Chinach armator przysłał nam dodatkowego specjalistę, który miał zniwelowac podczas ekspolatacji statku zakres prac koniecznych do wykonania podczas zbliżającego się planowanego postoju na stoczni.

         Pewnego dnia agent przywiózł z lotniska na statek załoganta, który przyleciał z kraju. Podczas wstępnej rozmowy z nowoprzybyłym uściskaliśmy sobie dłonie, po czym pobrałem od niego wszelkie potrzebne dokumenty. Od nowego załoganta dowiedziałem się, że pochodzi i mieszka w miejscowości klapkarzy czyli w Tylmanowej. Przedstawił mi się jako Szymek Frajdej, a gdy spytałem się dlaczego Frajdej skoro w dokumentach stoi Piątek odparł:

-    A bo wiesz kap na poprzednim statku chinole (załoga chińska) przekręcali moje nazwisko i mieli kłopot z jego wymową stąd jeden zaczął mnie nazywac Frajdej i tak zostało.

Szymek jak się okazało był spawczem kadłubowym i pracował w Szczecińskiej Stoczni ale gdy zaczęły się tam zwolnienia znalazł robotę na morzu, a rodzina wróciła ze Szczecina na południe kraju na ojcowiznę. Szymkowi powiedziałem, że darzę górali sympatią i znam ich dobrze. Szymek obiecał, że na pewno mnie nie zawiedzie, a ponieważ dało się od niego wyczuc zapaszek daleko odbie -gajacy od zapachu wody kolońskiej szybko wyjaśnił:

-   Poniewaz nie bylo miejsc w samolocie w klasie ekonomicznej armator zafundował mi „business class”, a tam siedzisko w środkowym rzędzie no i te stewardessy, które jeżdziły z wózkami raz z jednej, raz z drugiej strony , nie umiałem odmówic tej greckiej Metaxy. Teraz cybant mnie łupie ale dam radę.

Czas leciał, Szymek tyrał w nadmiarze normalnych godzin pracy bo stawka za nadgodziny była wysoka, aż tu któregoś ranka przychodzi do mnie St.Mechanik i melduje, ze Szymek rano miał niezbyt ciekawy przypadek i wyglądał na „wczorajszego”, a podczas prac spawalniczych cofnął mu się płomień na palniku, zapaliła mu się kapota i dobrze, że był w pobliżu motorzysta to go ugasił. Szczęśliwie nic mu sie nie stało ale zainteresowałem sie dlaczego nie zachował ostroznosci. Wezwany Szymek zawstydzony po chwili milczenia odparł:

- Kap wreszcie mam, mam …. syna !!!

Z przypływu wielkiej radości posiedział w nocy z kolegami przy chińskim winie, a rano z tym samym humorem podjął pracę. Jak się okazało biednemu dopiero za 4-ym podejściem urodził się wymarzony syn, do tej pory miał tylko córki. Pogratulowałem mu, zwolniłem z pracy tego dnia i poprosiłem by zaległ w koi i odespał zaległości. Po jakimś czasie Szymek sprawdził się w całej rozciągłości swojego góralskiego charakteru. Otoż przed samym końcem załadunku marynarz, który miał spuścic wodę balastową ze zbiornika szczytowego (zbiornik znajdujący sie pod pokladem głównym) zerwał cięgna uruchamiające zawór spustowy wody ze zbiornika za burtę. I teraz problem, w zbiorniku 850 ton wody, które należy wyrzucic, na statku jest przenośna pompa przeponowa napędzana sprężonym powietrzem ale o bardzo małej wydajności (2 tony/godz). Czas nagli i co tu robic ? Przybiega do mnie Szymek i proponuje rozwiązanie:

- W sąsiednim pustym zbiorniku na grodzi (ścianie) za która jest wypełniony wodą zbiornik wypali otwór wielkosci pięści i w ten sposób „tranzytem” spuścimy wodę za burtę.

Popatrzył badającym wzrokiem na mnie i czekał na moją akceptację. Nie miałem wyjscia rzekłem krótko

- Pal !

Poleciłem Starszemu Oficerowi zachowac wszelkie srodki ostrożności aby Szymek zdążyl bezpiecznie zbiórnik opuścic. Sam zostałem na pokładzie czekając kiedy Szymek pokaże głowę we włazie zbiornika. Po 20 min zadowolony, upaprany balastowym błotem i zmoczony jak przysłowiowy   szczur ukazał się we włazie zbiornika Szymek i unosząc dłoń z podniesionym kciukiem dał znac all in order. Na pokładzie szczerze mu podziękowałem i sciskając go po ojcowsku obiecałem, że w następnym porcie ma wolne cały dzień i kamerton (karton piwa) ode mnie. Uśmiechnięty Szymek jednak odparł :

- Kap, wolne to bym wziął w porcie krajowym jeżeli tam trafimy bo chce wreszcie swego syna zobaczyc, a z chrzcin przywiozę naszą łącką sliwowicę bo : ” Daje krzepę, barwi lica tylko łącka śliwowica”.

Nie było nam dane popłynąc do kraju, a Szymek po 6 miesiącach wraz z innymi załogantami wrócił do kraju samolotem.

https://www.youtube.com/watch?v=Ts-lkLCVV0c

Carmen
18 marca 2019, 19:49

 

 

Parę dni wcześniej opuściliśmy Providence Channel  (morskie przejscie między wyspami archipelagu Wysp Bahama prowadzące z Cieśniny Florydzkiej na Atlantyk Północny)i płynęliśmy  w okowach przyjaznego, pogodnego i rozległego  Wyżu Azorskiego  utrzymując wschodni kurs w kierunku Gibraltaru i hiszpańskiego portu Walencja na Morzu Śródziemnym.

        Statek załadowany w Tampie (Floryda) amerykańskimi paszami  w idealnych warunkach pogodowych t.zn przy bezwietrznej pogodzie i braku falowania wiatrowego rozwijał  szybkości jak za swoich młodych lat kołysząc się łagodnie tylko na atlantyckiej martwej fali. Humor załodze dopisywał, a ta chwaląc sobie „żydowskie morze”  po pracy wylegiwała się przy statkowym     basenie lub zagrywała w tenisa stołowego .

       W sobotni wieczór królowało piwko i grill przy  których snuły się  opowieści z mórz i oceanów oraz śpiewy intonowane przez Marka  stewarda któremu akompaniował na gitarze  3 mechanik.  Przed nami  było jeszcze ponad 10 dni jazdy, a jak wskazywały prognozy długoterminowe  przyjacielski wyż miał się utrzymywac w swojej pozycji przez większośc naszego przejscia przez Atlantyk.

       Nie wszystkim jednak panujące warunki pogodowe sprzyjały w uprawianiu żeglugi.Około 1,5 doby przed Wyspami Azorskimi i na  zachód od nich w piękne niedzielne popołudnie wezwał mnie na  mostek 2 oficer oznajmiając,że jacht do którego akurat zbliżał się nasz statek chyba potrzebuje  pomocy, a na radiowe wywołania w  pasmie UKF nie odpowiada.

       Rzeczywiście przez lornetkę dojrzałem  na pokładzie jachtu osoby, które dawały znaki  kręcąc nad swoimi  głowami  swoją odzieżą. Nie było to wezwanie o pomoc w niebezpieczeństwie, a    ponieważ mieliśmy sporą rezerwę w spodziewanym czasie przybycia  do Hiszpanii zatoczyliśmy pętle wokół jachtu i podpłynęliśmy w jego  pobliże zatrzymujac się w dryfie.

      Jacht o nazwie „Carmen” niosący na swoim gaflu hiszpańską     banderę wnet zbliżyl się do naszej burty. Załoga jachtu w swoim 4-osobowym składzie miała kobietę, która swoją urodą i skąpym  ubiorem przyciągała ciekawskie spojrzenia naszych załogantów.  Z pokładu głównego podaliśmy sztormtrap (rodzaj drabinki linowej wyposażonej w stopnie) po którym na  pokład wszedł szyper jachtu. 

Jak się okazało płynęli z  Nassau  (W-y Bahama) z zamiarem   osiągnięcia Setubalu w Portugalii.  Juan był Hiszpanem, od paru dni  przy kompletnej flaucie cały czas podążali na silniku. Gdy zapas   paliwa  w zbiorniku jachtu osiągnął „stalową rezerwę” stanęli parę  godzin temu  w dryfie licząc na litośc Neptuna i ewentualną pomoc innych jednostek.  Nie odpowiadali na nasze wywołania na UKF-ce gdyż padły im także baterie .

          Jacht nosił imię żony Juana, która zachwycała stojacych na       pokładzie marynarzy swoją  odwagą i urodą.  Gdy spytałem jaki rodzaj pomocy oczekują od nas poprosili o paliwo, które umożliwi  im dopłynąć  do najbliższego portu Ponta Delgada na Azorach gdzie planował uzupełnienie paliwa.  Chief Mechanik zarządził uzupełnienie paliwa na jachcie i  2 duże karnistry opuszczono z pokładu na burtę „Carmen”. Żywności ani wody nie potrzebowali bo mieli tego duże    zapasy, a gdy spytałem powtórnie w czym jeszcze mogę im pomóc Juan cicho wyszeptał nieśmiało :  c i g a r e t t e s  !

      Doskonale wiedziałem jak bardzo Hiszpanie lubią papierosowy      dymek i chociaż od paru już lat nie paliłem papierosów  wczułem się w ich sytuację , a gdy dowiedziałem się od Juana,że jego Carmen też kopci, przywołałem ochmistrza. Ochmistrz zameldował mi, że zapas Marlboro  już dawno się skończył, a w statkowej kantynie ma tylko „Carmeny”, „ Caro” i ulubione Chiefa Mechanika „Extra Mocne”. Poprosiłem aby przyniósł 2 kartony „Carmenów” zakładając, ze plamy  nie damy wszak papierosy produkowane były na amerykańskim   tytoniu i reprezentowały przyzwoity taste.

Wręczyłem Juanowi przyniesione przez ochmistrza papierosy kierując jego uwagę na ich nazwę. Ten uśmiechnął się szczerze chcąc mi za nie zapłacic. Uprzedzając  jego zamiary oznajmiłem mu, że jest to m.in. souvenir dla jego Carmen zamiast kwiatów. Już wyobrażałem sobie reakcję kobiety gdy dostała  od Juana papierosy ze swoim imieniem.Nasz oficer elektryk wymienił jeszcze baterie w UKF-ce żeglarzy po czym  uścisnęliśmy sobie dłonie  i Juan wrócił na swoją jednostkę. Krótko po tym zaczęliśmy przygotowania do wznowienia naszej podróży. 

      Przy pierwszych obrotach statkowej śruby gdy za naszą rufą zaczął formowac się kilwater cała czwórka stojąc na pokładzie jachtu wyma -chiwała pożegnalnie w naszą stronę, a gdy na statkowej syrenie od -daliśmy 3 długie dzwięki (pozdrowienia) usłyszeliśmy na UKF-ce   kobiecy głos:   „ Muchas  Gracias ! Adios Amigos ! Hasta luego ! ‘’            

*****************************

          Podczas dalszej naszej żeglugi do Hiszpanii  jeszcze przed Gibraltarem dostałem od czarterujacych teleks w którym wskazali oni dla naszego statku Setubal jako drugi port wyładunkowy. Ucieszyła  mnie ta wiadomośc bo zawsze chętnie płynąłem do portów w których   nigdy dotąd nie byłem.Przypomniało mi  się także,że przecież Setubal  był portem docelowym dla „Carmen” i jego załogi. Po paru dniach  postoju pod wyładunkiem w Walencji wyszliśmy z tego portu i po 3  dniach żeglugi  zawitaliśmy w Setubalu. Podczas naszego cumowania do nabrzeża spotkała nas miła niespodzianka. Oto w grupce oczekujących na nasze przyjście dojrzeliśmy dzielną czwórkę z   „Carmen”. Do mojej kabiny weszła czarująca Carmen, która rzuciła   mi się na szyję  witając mnie jak gdybyśmy nie  widzieli się bardzo  długi okres czasu. Juan witając się  wręczył mi tajemniczy pakunek  w którym po rozpakowaniu znalazłem miniaturkę ich jachtu oraz        butelkę markowej hiszpańskiej brandy Carlos I.

       Przy kawie opowiadali, że 3 dni temu przypłynęli do Setubalu, a mając uzupełnione przez nas zapasy nie zawijali na Azory. Od  naszego rozstania jeszcze przez 2 dni musieli płynąc na silniku, a potem sprzyjający umiarkowany wiaterek pozwolił im rozwinąc żagle. Z biuletynu portu Setubal dowiedzieli się, że nasz statek jest  tutaj  spodziewany i bardzo się tym ucieszyli. Nazajutrz zabrali mnie i St.Mechanika na wycieczkę po Setubalu  zakończoną pobytem w typowej portugalskiej tawernie.

Gdy oznajmiłem Carmen, że nastrój stworzony przez portugalską grupę folkową różni się trochę od andaluzyjskiego flamenco ta obiecała mi,że gdy trafimy kiedyś do  Alicante to ona osobiście nam zatańczy. Okazało się małżeństwo  mieszkało w tym mieście, a właścicielka jachtu była także członkinią miejscowego amatorskiego zespołu tanecznego. Mile spędziliśmy  wieczór  w ich towarzystwie i chociaż znajomośc języka angielskiego  nie była ich mocną stroną to doskonale rozumieliśmy się , a może także pomogły mi w tym  2 semestry języka hiszpańskiego jakie zaliczyłem w Szkole Morskiej.

       Gdy po 2 dobach wychodziliśmy z Setubalu w morze na nabrzeżu    nasi wspaniali żeglarze żegnali nas pozdrowieniami nadawanymi  samochodowymi klaksonami oraz słowami :  Buen Viaje Amigos !

„Wydaje się nam, że to co robimy jest tylko kroplą w morzu. Ale morze byłoby mniejsze, gdyby tej kropli zabrakło.” – Matka Teresa

https://www.youtube.com/watch?v=1NnHr7DSs1k

Przygody z pogodą
15 marca 2019, 21:43

 

- A4 ! – szepnął Staszek,

- Pudło ! - odparłem i wystrzeliłem ja z działa prawoburtowego.

- F 4 ! – pudło,  odgryzł się kolega.

- C 6 ! – Staszek wycelował tym razem dobrze.

- Trójmasztowiec  – odpowiedziałem ,

- C7, C8 !,  – kontynuował Staszek

- Trafiony zatopiony ! – poinformowałem kolegę.

       I w tym momencie zostaliśmy obaj „trafieni” przez prof.Kapcia (ksywka nauczyciela). A było to na lekcji geografii w 8-ej klasie naszego ząbkowickiego ogólniaka podczas której razem z  kolegą Staszkiem graliśmy w „okręty”.  Kto pamięta tą wciagającą szkolną grę ? Profesor Kapcio 70-letni nauczyciel geografii akurat prawił na lekcji o niżach i wyżach kreśląc na tablicy jakieś kółka i strzałki. Gdy zauważył nas niespecjalnie słuchających jego wykładu krzyknął:

- Ej, tam Staszek ! Do tablicy !

 Kolega podniósł się  z ławki.

- Ta nie ty ... ten drugi ! -  poprawił profesor.

        Zawsze nas mylił.Wstałem ja i przywołany do tablicy naturalnie miałem powiedziec o czym Kapcio  prawił. Nie miałem zielonego pojęcia jak interpretowac jakies kółka  wyrysowane na tablicy wokół literek N i W.  Ze Staszkiem było podobnie.

  - Siadajcie obaj ! Ta wysocy  jak topola, a głupi  jak fasola – powiedział  Kapcio, otworzył dziennik lekcyjny w którym coś napisał. Profesor , który dawno powinien być pensjonariuszem ZUS-u nie umiał usiedzieć w domu samotnie i nadal sprzedawał swoją wiedzę licealistom. Skąd wzięła się ksywka Kapcio nie wiadomo. Być może od jego  chodu podczas którego  śmiesznie uginały mu się nogi w kolanach.

       Dusza chłop, przesiedlony po wojnie  z dawnych naszych ziem wschodnich, a dokładnie spod  Lwowa, mówiący lwowskim zaśpiewem , ot rzekłbyś baciara. Prawdziwy pedagog nikomu nie wadzący nawet uczniom, lubiący jak każdy z uczniów miał idealnie prowadzony zeszyt do jego przedmiotu. Każda lekcja ponumerowana i opatrzona datą,  temat podkreślony , marginesy z prawej strony każdej kartki idealnie odcięte , a notatki napisane starannym  pismem. Tak prowadzony zeszyt to była już połowa sukcesu.

      Wiedzieliśmy ze Staszkiem, że na następnej lekcji geografii będziemy na pewno sprawdzani przez profesora jak opanowaliśmy wiedzę o układach barycznych. Jakoś na przerwie między lekcjami udało się nam sprawdzic co też Kapcio postawił nam  w dzienniku po wpadce z  „manewrami morskimi”  na ostatniej lekcji geografii. Gdy jeden z profesorów na przerwie zostawił dziennik  na kadrze zastosowaliśmy metodę oko look i  okazało się, że Kapcio żadnej lufy nam nie postawił. Widocznie nie nosił się z takim zamiarem i tylko upozorował tą operacje kręcąc piórem w powietrzu.

       Przygotowani „na blachę” razem ze  Staszkiem mielismy dobrze opanowaną  wiedzę dotycząca układów barycznych północnej półkuli czyli jak wieje wiatr w niżu i wyżu  i teraz już tylko czekaliśmy na następną lekcję geografii i wezwanie profesora. Uśmiechnięty pogodnie usposobiony  Kapcio już na początku lekcji sprawdził nasze przygotowanie zaczynając naturalnie od przeglądu kajecików. Gdy w pełni zadowoliliśmy pana profesora opanowaniem tematu z poprzedniej lekcji ten rzekł:

        – Ta pamiętajcie obaj ,że wiedza o której tu śpiewaliście kiedyś się wam może przydac. Ta nie będziesz czekał jeden z drugim aż któs ci wyjaśni co te rysunki oznaczają, a i może któremuś z was się przyda ta wiedza w przyszłej pracy.  A może wam błyśnie w głowie  myśl aby zostac marynarzem lub żeglarzem?

        Jeszcze wtedy nie myślałem poważnie o Szkole Morskiej ale gdy teraz przypomina mi się ten epizod z czasów liceum zawsze powtarzam sobie :  pogoda jest zawsze ale żeby tą złą ominąc trzeba chociaż posiadac jakąś  wiedzę w tej materii. Naturalnie to co  nauczyłem się  w szkole średniej było tylko minimum tego co musieliśmy opanowac podczas studiów oraz pracując  na morzu.

                        - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -

         Było to w połowie grudnia i na początku XXI wieku. Statkiem  m.s „Generał Szyszko” zacumowaliśmy w porcie Three Rivers (Kanada) położonym  na rzece Św.Wawrzyńca.Statek przypłynął tutaj aby załadowac pszenicę kanadyjską dla odbiorcy czeskiego, a portem wyładunkowym miał być jeden z naszych portów.

         Załadunek  przebiegał  w tempie iście ekspresowym i był prowadzony przy użyciu lądowego elewatora, który swoimi ssawami  zaciągał ziarno ze statku t.zw jeziorowca* i w ten sposób zapełniał nasz ładownie. Była to już końcowka sezonu nawigacyjnego.  Zimą z powodu zamarzania jezior i kanałów nawigacja po szlaku Wielkich Jezior Ameryki Płn. jest zawieszana. 

         I tak po 1,5 doby operacji załadunkowych z  ponad 30 tysiącami ton pszenicy wypłynęliśmy z portu . Przed nami było prawie 12 dni jazdy do portu przeznaczenia, a w perspektywie jeżeli dopisze pogoda Nowy Rok w rodzinnym gronie. Przed wyjściem z Kanady załoganci wciąż  zwracali się do mnie z pytaniem  jaką rutą będziemy ciąc Atlantyk czy po wyjściu na  ocean popłyniemy  prosto do Kanału Angielskiego  czy też po ominięciu Ławicy Nowofunlandzkiej skierujemy się ku północnym  brzegom Szkocji przepływając m.in. przez burzliwą cieśninę  Pirth of Pentland.

         Dwie jakże różne drogi pod względem nawigacyjnym. Ta pierwsza, czyli przez Kanał Angielski, dłuższa o ok. 1 dzien jazdy i w zalezności od pory roku bardziej sprzyjająca pogodowo. Druga prowadząca przez Pentland  jest krótsza, a większośc  przelotu przez  ocean mogła przebiegac z pomocą sprzyjającego prądem (Golfsztrom)  co przy dobrej pogodzie  zapewni  statkowi większą szybkośc  o  przynajmniej 1,5 węzła.  

     I tak na statku utworzyły się dwie grupy zwolennikow wyboru jednej lub drugiej wersji przejścia Atlantyku Północnego . Ci co chcieli zdążyc na Sylwestra podpowiadali mi aby płynąc „górą,” naturalnie jeżeli dopisze pogoda, a Ci co chcieli przepłynąć Atlantyk spokojnie bez sztormowych sensacji woleli płynąc  „dołem” czyli przez Kanał Angielski. Słuchając  zwolenników obu grup żartowałem, ze póki co jeszcze nie analizowałem warunków pogodowych ,a po poradę udam się do kuchni i zobaczymy co doradzi cook podczas mieszania  zupy w garze.

     Naturalnie analizę i wybór  drogi nalezało przeprowadzic przed wyjściem z portu i po częsci już miałem to gotowe.  Krótko po wyjściu z portu jeszcze podczas nawigacji po Zatoce Św. Wawrzyńca dostałem teleks z wiadomością od Czarterującego  o  zleceniu  mi pogodowego  prowadzenia statku  w serwisie  Routing .   Zasadniczym  zadaniem takiego prowadzenia statku przez lądowy serwis pogodowy jest znalezienie optymalnej trasy dla statku mając na uwadze warunki pogodowe i hydrologiczne.                                                                                    

       Ta optymalna trasa  jest sztuką  znalezienia  „najlepszej drogi” dla statku w oparciu o istniejące prognozy pogody, cechy i charakterystykę statku oraz  specjalne wymagania dotyczące przewożonego ładunku. Dla większości tranzytów  oznacza to, że wybrany czas przelotu  ominie znaczne zagrożenie dla statku, załogi i ładunku i zapewni im jak najbardziej korzystne ekonomicznie przejście planowanej trasy. Takie są zawsze cele asysty usługi Routing. Serwis  Routing na podstawie przeglądu ostatnich analiz i prognoz pogodowych w celu określenia najbardziej prawdopodobnych warunków w trakcie  rejsu przekazuje kapitanowi statku przed wyjazdem szczegółową prognozę oczekiwanych warunków pogodowych oraz wstępną propozycję trasy do portu przeznaczenia .

         Kapitan  po zaakceptowaniu proponowanej  ruty jest zobowiązany do przekazywania serwisowi codziennych raportów pozycyjnych oraz wiadomości o sytuacji pogodowej.  Jedno jednak co jest ciekawe to klauzula jaką zawiera każda  proponowana przez serwis trasa, która mówi: „Pamiętaj proponowana przez nas ruta jest tylko rekomendacją, a finalna decyzja co do trasy statku lub zejście z proponowanej drogi jest zawsze w twojej gestii. ” Jednym słowem przypominamy „SAFETY FIRST.”

      Spyta być może ktoś po co w takim razie czarterujący zlecają takie serwisy . Otóż moim zdaniem jest to serwis częściowo pomocny kapitanowi gdyż  taka asysta nie zwalnia go ze śledzenia i analizy warunków pogodowych , odbioru komunikatów pogodowych czy mapek synoptycznych i porównywania ich z sytuacja bieżącą i podejmowania różnych kroków w celu ominięcia niebezpieczeństwa.  

        Nie jeden kapitan, który nie zaakceptował sugerowanej przez serwis trasy lub zrezygnował z rekomendacji serwisu  w trakcie rejsu, po zakończeniu podróży spotykał się z wytykiem ze strony czarterujących , że wybrana przez niego trasa okazała się mniej ekonomiczna aniżeli ta rekomendowana. Naturalnie każdy d-ca statku jest na takie ewentualności przygotowany i  odpowiednie raporty dotyczące takich roszczeń  przedkłada armatorowi jeżeli czarterujący przyjdzie do niego z pretensjami.

        No ale wrócmy do naszego rejsu. Rekomendowana przez serwis trasa potwierdziła moje wstępne założenia, a więc po wyjściu z Zat.Św.Wawrzyńca płyniemy na południe od brzegów Nowej Funlandii korzystając z „pomocy” Golfsztromu  do punktu na wschód od  Ławicy Nowofunlandzkiej i stąd kursem północnowschodnim do północnych brzegów  Szkocji . Przez większośc trasy po Atlantyku miał nam towarzyszyc  i pomagac ciepły Golf- sztrom.

        Prognoza baryczna była także optymistyczna i mielismy płynąc wzdłuż południowych ćwiartek niżu, który znad Nowej Szkocji miał  przesuwac się początkowo ku południowej Grenlandii by potem zmienic kierunek ku północnozachodniej Norwegii. Wiatr prognozowano na początek trasy z kierunków południowozachodnich o sile 7 – 8 stopni Beauforta, a więc jak na tą porę roku pogoda znośna.  

      Płynąc przez Zat. Św.Wawrzyńca zaliczyliśmy już kanadyjską zimę i większość trasy do Ciesniny Cabota przepływaliśmy w pierwszych lodach wśród  unoszących się miejscami dużych tafli kry. Czasem na takiej krze można było ujrzec wylegujące się foki , które wcale nie bały się przepływającego statku  i zdawały się przyjaznie żegnac  nas machając swymi łapkami. Po przejściu Cabot Strait i złożeniu stosownego meldunku wyjściowego do Canadian Coast Guard wpłynęliśmy  na otwarte wody Atlantyku.

       I oto niespodzianka na UKF-ce odezwał się nasz rodak m.s „Generał  Peer”, który usłyszał mój meldunek składany przez radio. Płynęli także do kraju. Oni z ładunkiem rudy dla Huty Katowice  z Port Cartier (port położony w północno -wschodniej części  Zatoki Św.Wawrzyńca)  i  6 godzin przed nami  wyszli z Ciesniny Cabota . Gdy dowiedziałem się, że statkiem dowodzi mój kolega z czasów Szkoły Morskiej kpt.Michał radochy było multum.

 Podczas pierwszej naszej rozmowy na falach radiowych wymieniliśmy z Michałem swoje plany  dotyczące przejścia przez Atlantyk. Przed nami było prawie 10 dni morskiej nawigacji w okresie najgorszym pod względem pogodowym.  Michał gdy dowiedział się, że obrałem rekomendowaną przez pogodowca rutę przez Pentland skomentował to krótko:      

-  Czarodzieju, oby Ci się udało !   Ja całe szczęście nie mam „doradcy” i płynę przez Kanał Angielski. Teoretycznie powinieneś być pierwszy przy Skagen (przylądek w północnowschodniej Danii rozgraniczający Skagerrak od Kattegatu) ale wiesz jak to jest z pogodą. Ta jak kobieta zmienną jest. Umawiamy się kto nie będzie pierwszy w Kattegacie jako przegrany stawia kolację w Gdyni.

         Wymieniliśmy ze sobą ostatnie komunikaty i prognozy  pogodowe.Umówiliśmy się,że codziennie o godz. 13-ej czasu Greenwich będziemy się spotykac na ustalonej częstotliwości radiowej dla wymiany  aktualnych pozycji statku oraz informacji pogodowych.  I tak oto zmierzaliśmy do celu różnymi rutami chociaż do pozycji na południowy wschód od Ławicy Nowofunlandzkiej, ze względu przeszkody nawigacyjne kursy nasze były podobne.

        Po dwóch dniach Michał zameldował,że atlantycka fala „kładzie” jego statek na boki okrutnie ale oprócz kłopotów ze spaniem wszystko idzie przeżyc. Nadmiernemu kiwaniu statku sprzyjał jego ładunek, który w przeciwieństwie do naszego powo -dował,ze statek stawał się „sztywnym” ale zapas stateczności miał duży. Obaj widzialnośc mieliśmy słabą i ograniczającą się do paru kabli.

       Jakoś po 3 dniach od opuszczenia Cieśniny Cabot, a krótko przed osiągnięciem punktu skąd drogi nasze się rozchodziły. Pewnego dnia w środku nocy obudził mnie telefon z mostka, a młody porucznik II oficer , meldował  mi nagły spadek widzialności do zera. Jednocześnie mechanik wachtowy zgłosił gwałtowny spadek temperatury wody chłodzącej silnik główny. Po wskoczeniu w ciuchy wpadłem na mostek. Oficer wachtowy uruchomił już drugi radar oraz wzmocnił obsadę wachty.

      Jeden z marynarzy wachtowych oczytany w książkach  związanych z tragedią  „Titanica” wystraszony zaczął snuc teorię, że być może gdzieś w pobliżu nas znajduje się góra lodowa i stąd taki spadek temperatury wody morskiej. Spokojnie rozpocząłem analizę sytuacji aczkolwiek i taką przyczynę można było przyjąć. Raz jeszcze sprawdziłem prognozy pogody, biuletyn lodowy ( zarówno Kanada jak i USA mają świetnie pracujące służby p.lodowe) i nigdzie nie znalazłem zapowiedzi jakiegoś zagrożenia ze strony gór lodowych. Ponieważ spadek temperatury wody morskiej i gęsta mgła były oczywiste znalazłem po chwili jedną z prawdopodobnych  przyczyn tego stanu.

     Otóż statek znajdował się w pozycji na południowy wschód od Ławicy Nowo -funlandzkiej  w pobliżu miejsca określanego jako Cold Wall (Zimna Ściana). Tutaj wody Golfsztromu ciepłego prądu płynącego na północny wschód mieszały się z zimnym Prądem Labradorskim spływającym na południe z Arktyki wzdłuż Labradoru i stąd  „atrakcje” jakich mieliśmy okazje doświadczyc. Po paru godzinach jazdy sytuacja po trosze wrócila do normy, temperatura wody morskiej wzrosła do paru stopni . Wkrótce Golfsztrom rozdzielił się na dwa strumienie z których jeden zmierzał w kierunku zgodnym z wytyczoną przez nas północno-zachodnią rutą, a drugi kręcił ku południowemu wschodowi .

    Kolejne dni rejsu przebiegały bez podobnych atrakcji. Michał również nie narzekał, a jego statek utrzymywał zakładaną szybkośc i ETA ( z j.angl. = Expected Time of Arrival czyli spodziewany czas przybycia). Nasz korab jednak pchany  przez Golfsztrom oraz silne południowo-zachodnie wiatry wysuwał się do przodu przed kolegow. Kucharze przygotowywali się do świąt Bozego Narodzenia klecąc już potrawy, które mogli wczesniej przygotowac. Nasz kucharz twierdził, że póki Neptun jest łaskawy, a gary nie zjeżdżają z trzona kuchennego to należy to wykorzystac . Święta wypadały na naszym podejściu pod Hybrydy.

     Jak to bywa na morzu sielanka nie trwała długo. Gdy widzialnośc poprawiła się to wzrosła siła wiatru i falowanie.  Kolega kpt.Michał stracił już trochę na szybkości bo trafił na obszar dużego falowania i podobnie jak ja zanotował zmianę kierunku wiatru.  Gdy znajdowaliśmy się 2 dni drogi do brzegów Szkocji pogoda niestety zepsuła się totalnie. Wbrew początkowym prognozom długoterminowym głęboki niż zaczął przemieszczac się w kierunku wschodnim kierując się ku Wlk.Brytanii.  Wpadliśmy w lewą połowkę niżu, który raczył nas północnymi wiatrami o sile 10 stopni Beauforta.

     Szybkośc  statku spadła do kilku węzłów ale jeszcze posuwalismy się naprzód.    W takich warunkach osiągaliśmy Hybrydy gdzie wiatr osiągnął siłę huraganu.  Dla bezpieczeństwa zwiększylem odległość statku od brzegu bo groziło nam sztormowanie. Fale zalewały pokład główny, statek nurzał się dziobem w wysokiej fali, porywisty wiatr porwał antenę radiową, a jedna z anten radarowych została uszkodzona. Kucharz zanotował straty w przygotowanej rybie w galarecie, która zjechała w chłodni z półek na posadzkę. Jednak szczęśliwiec żartował, że kluski z makiem uratowane, a pierogi z kapustą i grzybami szczęsliwie się uchowały bo były zamrożone.  Nie obiecywał tylko czy uda mu  się przygotowac  barszcz jeżeli nadal tak będzie kiwac.

      Większośc  czasu spędzałem na mostku i gdy tylko mogłem na kanapce w kabinie nawigacyjnej „trenowałem oko” w stroju stand by. Nie miałem sposobności porozmawiac z Michałem ale nasi radzicy wymienili się pozycjami statków z których wynikało, ze statek kolegi chociaż miał również ciężkie warunki pogodowe osiągnął już Kanał Angielski, a tutaj  dokuczała im cienka widzialność i boczna fala. Pożyczylismy sobie Wesołych Świąt i wróciliśmy do swoich obowiązkow.

     Święta wypadły bardzo skromnie bo każdy sztormował na krześle przywiązanym do podłogi, na stołach była tylko minimalna ilość potraw aby nie znalazły się na podłodze. Co wartościowsze potrawy stewardzi donosili załogantom z kuchni, a ci siedząc na krześle w głębokim rozkroku balansowali w takt przechyłów statku. Po złożeniu życzeń załodze wróciłem na mostek bo statek zbliżal się do północnych brzegów Szkocji, a wkrótce mielismy przepływac przez Cieśninę Pentland, która oddziela archipelag Orkadów od Szkocji.

     Cieśnina Pentland znana jest marynarzom i żeglarzom z niebezpieczeństwa jakie można napotkac przy niesprzyjających warunkach, a do takich należy sytuacja jeżeli statek przepływa  to miejsce podczas silnego prądu pływowego, który osiąga średnią wielkośc około 9  węzłów. Dodatkowym niebezpieczeństwem jest sytuacja jeżeli kierunek wiatru jest przeciwny do kierunku prądu. Tworzą się wówczas wysokie strome fale grozne dla statków.

     Tymczasem na sam tranzyt statku  przez Pentland trafiliśmy na zmianę kierunku prądu kiedy jego szybkośc była niewielka. Po wyjściu statku na  Morze Północne sztorm zelżał, wiatr osłabł do 9 B. Przy umiarkowanej widzialności zdążaliśmy do Skagen. Czas było spytac naszego kolegę gdzie się znajduje i jak przebiegaja u niego „zawody”. O umówionej godzinie nasz  radio wywoływał statek kolegi ale bez efektów.

Na drugi dzień gdy zbliżaliśmy się do Skagerraku widzialnośc poprawiła się na tyle, że można było ujrzec statki na odległość do 6  mil na popołudniowej swojej wachcie  Chief Oficer nawiązał łącznośc na UKF-ce z m.s „Generałem Peerem”. Znajdowali się 12 mil za nami.

   Zdziwiła mnie ta informacja bo przecież byli znacznie przed nami gdy wpływali w Kanał Angielski. Jak się okazało na Morzu Pólnocnym  5 godzin po opuszczeniu Cieśniny Dover uczestniczyli podczas sztormu w akcji ratunkowej zabezpieczając holenderski kuter rybacki, który miał awarię maszyny i niebezpiecznie dryfował ku mieliznom. Do czasu przybycia profesjonalnego ratownika asystowali nieszczęśnikowi i stąd to opóźnienie.

     Kpt. Michał akurat odsypiał trudy nocy ale po kolacji zawołał mnie przez radio. Wyczuwałem jego zmęczenie ale ze śmiechem zapodał mi, że regulamin naszych zawodów nie przewidywał takiej sytuacji przeto zagramy „w marynarza” kto funduje wspólną kolację.

    Niestety do tej wspólnej kolacji nie doszło. Statek kpt.Michała został skierowany do wyładunku rudy w Gdyni, a my zawitaliśmy do Szczecina. Jak to bywało w naszym zawodzie nie mieliśmy okazji spotkac się na lądzie. Ciężko było trafic na okazję abysmy swoje urlopy spędzali w tym samym czasie. Dopiero po przejściu na emeryturę kolację zaliczyliśmy w chińskiej restauracji, której potrawy obaj uwielbiamy. Opowiadaniom i wspomnieniom nie było konca.

  https://www.youtube.com/watch?v=z0FPteOpaSg  

- – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – -

 * jeziorowiec – statek specjalnej konstrukcji przystosowany do żeglugi po Wlk.Jeziorach USA. Popularnie nazywany przez marynarzy jamnikiem ze względu na kształt swojego kadłuba. Długi wąski kadłub z nadbudówką na samym dziobie umożliwiający wejscie do śluz  na szlaku Wielkich Jezior.

       

 

Witam na moim blogu
14 marca 2019, 22:35

 

 

„Nie śmiem Ciebie prosić Panie o lepszą pamięc ale proszę o większą pokorę i mniej niezachwianą pewnośc gdy wspomnienia moje wydadzą się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnej nauki, że czasem mogę się mylic”.

 

      W Anglii cieszy się ostatnio rosnącą popularnoscią t.zw "Modlitwa komandora" niewiadomego pochodzenia znaleziona w kabinie za mostkiem  nawigacyjnym na spalonym transatlantyku "Queen Elisabeth".Jej fragment  zamiesciłem jako motto przy tytule swojego bloga. Niezależnie od swych  wartości  ogólnoludzkich  stanowi  ona  piękny  rdzennie, w angielskim stylu  i charakterze, przykład prywatnych przemyśleń człowieka o zwykłej i bezpretensjonalnej , zarazem głęboko kulturalnej i rzetelnej osobowości.

  Zainspirowany tekstem tej modlitwy zaczerpniętym z Kodeksu Kapitana   wydanego przez Szczeciński Klub Kapitanów Ż.W pragnę tutaj na swoim  blogu  zamieścic parę kart zawierających wspomnienia z lat pracy na statkach  floty handlowej podczas których miałem sposobnośc poznac wielu ludzi  takich jak ja oraczy morza. Dzisiaj gdy po 44 latach pracy zacumowałem w spokojnej przystani emeryta wracają wspomnienia lat i dni morskiej przygody, którą przyszło mi przeżyc na róznych statkach, morzach i oceanach i tylko zawsze tak samo smakowała morska sól niesiona z bryzgami fal.

" Morze nie zna kompromisów. Jego prawa są niezmiennie surowe. Jego siła olbrzymia, szczodrośc bezgraniczna. Daje ono wiele, ale wymaga całkowitego i zupełnego oddania. "    (Voss Jahn Clauss 1858-1923, żeglarz, kapitan kanadyjskiej floty handlowej).

https://www.youtube.com/watch?v=E14iMrgLNZY